Czasem bywa tak, że czytam sobie coś, i w miarę czytania zaczyna mi opadać wszystko. Ręce, nogi, radość, motywacja, chęć do dalszego życia w tym państwie.
Tak, to jeden “z tych” tematów.
Oto przed składem trójkowym WSA (Magdalena Chraniuk-Stępniak - przewodnicząca, Beata Ziomek, Andrzej Mącznik) stanęła wielce frapująca kwestia, która wcześniej była zresztą już przedmiotem analiz zarówno marszałka województwa jak i Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Sprawa dotyczyła niezaliczonego egzaminu praktycznego na prawo jazdy.
[egzaminowana] 5 grudnia 2024 r. przystąpiła do części praktycznej egzaminu państwowego w zakresie prawa jazdy kat. B w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w K. i uzyskała ocenę negatywną, czego przyczyną było popełnienie dwóch błędów w zadaniu nr 2 - “Ruszanie z miejsca oraz jazda pasem ruchu do przodu i do tyłu”. Egzaminator w notatce służbowej stwierdził, iż zdająca wykonując to zadanie odstawiła prawą nogę na podłogę samochodu w okolicy siedzenia kierowcy, a lewą zwolniła sprzęgło. W ten sposób przejechała cały łuk do przodu i do tyłu. Po pierwszej próbie została poinformowana o popełnionym błędzie. W drugiej próbie zdająca zachowała się dokładnie tak samo, jak w pierwszej. W notatce egzaminator wskazał, że zdająca w rozmowie potwierdziła, że trzymała prawą nogę na podłodze, a techniki tej nauczył ją instruktor. Zaznaczył, że analizując obraz monitoringu wewnętrznego można jednoznacznie stwierdzić, że wskazówka obrotomierza nigdzie nie przekroczyła 1000 obr./min.
Pozwolę sobie napisać to nieco innymi słowy: według egzaminatora błędem - uzasadniającym niezaliczenie egzaminu - była jazda na tzw. półsprzęgle, bez dotykania pedału gazu.
Zdająca nie zgodziła się z taką oceną sytuacji. Rację przyznał jej po kolei Marszałek Województwa, a później również SKO. Wskazali oni w swoich rozstrzygnięciach, że rozporządzenie opisujące jak ma wyglądać egzamin nie mówi nic o tym, czy gaz musi być naciskany, ani o ile te obroty mają wzrosnąć.
Organ I instancji [Marszałek] w decyzji wskazał, że zarówno w pierwszej jak i drugiej próbie skarżąca zwiększyła obroty silnika, co widać po wskazówce obrotomierza. Kryteria wykonania przedmiotowego zadania nie uwzględniają ile dokładnie obroty te powinny wynosić, czy one powinny być powyżej 1000 obr./min czy też powyżej 2000 obr./min., musi jedynie nastąpić zwiększenie obrotów silnika - co też miało miejsce.
Jednak egzaminator był uparty, sprawa trafiła do SKO.
Z powyższym stwierdzeniem nie zgodził się skarżący podnosząc, iż należy odróżnić pracę silnika na “wolnych obrotach” (ustawionych fabrycznie przez producenta) od obrotów zwiększonych, wynikających z działania kierującego. Podkreślił, że zdająca nie podjęła żadnego działania zmierzającego do zwiększenia obrotów silnika.
SKO przyznało rację organowi pierwszej instancji.
Kolegium nie zakwestionowało faktu pracy silnika “na wolnych obrotach”. Powyższe widoczne jest na nagraniu, gdy po uruchomieniu silnika wskazówka obrotomierza podnosi się do poziomu około 1000 obr./min., po puszczeniu sprzęgła obroty nieznacznie spadają. Niemniej jednak na nagraniu z drugiej próby zaobserwować można zwiększenie obrotów. Widać, jak wskazówka obrotomierza “porusza się” co świadczy o zwiększaniu i zmniejszaniu obrotów. Wprawdzie wskazówka obrotomierza nie przekracza 1000 obr./min, ale też nie pozostaje w jednej pozycji, kilkukrotnie ulegając zmianie. Jak to zostało zauważone przez organ I instancji, przepisy nie regulują ile dokładnie powinny wynosić obroty silnika. Tym samym nawet niewielkie zwiększenie obrotów przesądza o wykonaniu czynności zgodnie z wymogami rozporządzenia, skoro z jego treści nie wynika konkretna wartość o jaką albo do jakiej mają być zwiększone obroty silnika.
Egzaminator był bardzo uparty, i zdecydował się iść do WSA.
Zanim poczytamy co tam wymyślił WSA, zerknijmy jeszcze do wspominanego wcześniej rozporządzenia. Co właściwie jest faktycznie wymagane w czasie jazdy po łuku?
Sposób wykonania zadania:
- uruchomienie silnika pojazdu;
- włączenie świateł odpowiednich do jazdy w ruchu drogowym - jeżeli światła nie włączają się automatycznie;
- upewnienie się o możliwości jazdy:
a) wykluczenie prawdopodobieństwa spowodowania zagrożenia w ruchu drogowym,
b) ocena sytuacji wokół pojazdu;- płynne ruszenie:
a) zwolnienie hamulca postojowego - w przypadku gdy jest uruchomiony,
b) łagodne puszczenie sprzęgła, zwiększenie obrotów silnika;- dla prawa jazdy kategorii AM*, B1, B - płynna jazda pasem ruchu do przodu i do tyłu (w przypadku kategorii AM*, B i B1 w trakcie jazdy do tyłu obserwacja toru jazdy pojazdu zgodnie z techniką kierowania przez tylną szybę pojazdu i lusterka);
- nienajeżdżanie kołem na linie wyznaczające zewnętrzne krawędzie stanowisk (w przypadku kategorii AM*, B1 i B nie dotyczy linii wewnętrznych ograniczających i wyznaczających pole zatrzymania pojazdu);
- nienajeżdżanie na pachołki lub tyczki oraz niepotrącanie ich;
- zatrzymanie pojazdu przed końcem i początkiem pasa ruchu:
a) w przypadku kategorii AM*, B1 i B w wyznaczonym polu zatrzymania pojazdu,
b) w przypadku wykonywania zadania pojazdem osoby niepełnosprawnej przystosowanym do jej rodzaju niepełnosprawności w zakresie kategorii AM*
Wyboldowałem istotny w tym przypadku fragment. Wymagane jest więc płynne ruszenie, na co wedle przepisu składa się ewentualne zwolnienie hamulca, łagodne puszczenie sprzęgła oraz zwiększenie obrotów silnika.
Z literalnego brzmienia przepisu faktycznie nie wynika, jak konkretnie ma przebiegać zwiększenie obrotów silnika, jaka jest oczekiwana wartość obrotów, ani czy sprzęgło ma być puszczone całkowicie.
Co ciekawe - i zapewne oczywiste, bo inaczej bym tego tekstu nie pisał - WSA nie zgodził się z tą oceną.
Kryterium płynności odnosi się nie tylko do wizualnej oceny zachowania pojazdu, ale również do technicznego sposobu operowania elementami sterowania pojazdem - pedałem sprzęgła i pedałem przyspieszenia. Sąd podziela wyrażony w skardze pogląd, że celem spornego zadania jest sprawdzenie, czy osoba egzaminowana potrafi wprowadzić pojazd w ruch w sposób technicznie poprawny i zgodny z zasadami obsługi układu napędowego, w tym opanowała umiejętność operowania elementami sterowania pojazdu. W praktyce oznacza to konieczność prawidłowego zsynchronizowania pracy pedału sprzęgła i pedału przyspieszenia. Nie można zapominać, że jakkolwiek miejscem realizacji części zadań praktycznych jest plac manewrowy, to istotą oceny wykonania zadania jest weryfikacja posiadanego zasobu umiejętności kierowania pojazdem egzaminowanego w ruchu drogowym, który z natury rzeczy jest dynamiczny i odbywa się z udziałem innych uczestników. Z tej perspektywy płynne ruszanie z miejsca należy uznać za element podstawowy i konieczny do prawidłowego, bezpiecznego, sprawnego i nieutrudniającego innym uczestnikom ruchu poruszania się pojazdem. Rację ma również skarżący podając, że przy wykonywaniu omawianego zadania do zwiększenia obrotów silnika winno dojść na skutek działania kierującego. Tylko w taki sposób można ocenić umiejętność technicznego sposobu operowania elementami sterowania pojazdu - pedałem sprzęgła i pedałem przyspieszenia, przekładające się na umiejętność wprowadzenia pojazdu w ruch w sposób technicznie poprawny i zgodny z zasadami obsługi układu napędowego.
(…)
Czynność właściwego koordynowania pedałów przyspieszenia i sprzęgła oraz ich użycia niewątpliwie wpisuje się zarówno w prawidłową technikę kierowania pojazdem jak i podstawowe umiejętności w zakresie panowania nad nim. W takiej sytuacji nie można mówić o prawidłowym wykonaniu manewru - zadania, nawet jeśli sprzęgło zostało puszczone łagodnie, lecz obroty silnika nie wzrastały na skutek użycia pedału przyspieszenia, a jedynie samoczynnej pracy silnika.
Przyjęcie prawidłowości wykonania zadania wyłącznie z tego powodu, że egzaminowana jedynie chwilowo, nieznacznie spowodowała wzrost obrotów silnika, nie może zostać zaakceptowane. Okoliczność ta nie pozwala bowiem na właściwą ocenę, czy osoba egzaminowana w istocie potrafi posługiwać się pedałem przyspieszenia, a to niewątpliwie ta umiejętność jest jedną z kluczowych podczas ruszania z miejsca oraz poruszenia się pojazdem po drodze publicznej. Szczególną uwagę należy zwrócić na to, że ocenie podlega całe zadanie, a więc ruszanie z miejsca, jak i jazda pasem ruchu do przodu i do tyłu.
Sąd uznaje za właściwe stanowisko egzaminatora, że sposób wykonania przez egzaminowaną spornego zadania nie świadczy o posiadaniu przez nią podstawowych umiejętności w zakresie panowania nad pojazdem, a ruszenie z miejsca oraz jazda pasem ruchu do przodu i tyłu nie były zgodne z kryteriami i opisem zadania oraz z prawidłową techniką kierowania pojazdem, co słusznie skutkowało negatywną oceną wykonania zadania części praktycznej egzaminu na placu manewrowym.
Mógłbym w tym miejscu posprzeczać się z argumentacją, wskazać, że jest ona dość absurdalna, bo ciężko zakładać, że zdający nie umie używać pedału gazu gdy opanował (dalece trudniejszą) jazdę półsprzęgłem, albo że prawidłowa technika jazdy jak najbardziej dopuszcza ruszanie i jazdę na półsprzęgle zwłaszcza w pewnych sytuacjach (np. na wzniesieniu, parkingu przy niskich prędkościach). Mógłbym też wskazać, że jazda na półsprzęgle to technika, jakiej instruktorzy uczą kursantów od kilkudziesięciu już lat, i jakoś nikomu to dotąd nie przeszkadzało.
Ale w sumie nie mam na to ochoty.
Zamiast tego wskażę, jak wielkim absurdem jest cała ta sprawa.
Po co istnieje cały system nauki i egzaminowania kandydatów na kierowców, jaki jest jego ostateczny cel? Wydaje się to dość oczywiste: zapewnienie, że każdy poruszający się po drogach publicznych kierowca posiada podstawowe umiejętności jazdy w sposób bezpieczny i niepowodujący utrudnień dla innych, rozsądnie jeżdżących uczestników ruchu.
Czy sposób, w jaki kandydat pokonuje łuk na placyku ma wpływ na bezpieczeństwo na drodze? Czasem tak. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że nieumiejętność odpowiedniego dodania gazu faktycznie może być problemem - gdyby na przykład chodziło o wciśnięcie pedału gazu “do dechy” i nagły, niekontrolowany zryw pojazdu powodujący zagrożenie.
Jednak to, czy spokojny i płynny ruch dzieje się dlatego, że kierujący używa w całości półsprzęgła, czy też delikatnie wciska pedał gazu - nie ma wpływu absolutnie na nic istotnego dla ruchu drogowego.
System egzaminowania i szkolenia kierowców w Polsce jest głęboko dysfunkcyjny. Nowi kierowcy uczą się jazdy po łuku, w którym momencie zacząć obracać kierownicą gdy zobaczą tyczkę by zaliczyć plac, teatralnego rozglądania się dookoła by egzaminator nie mógł zarzucić, że kandydat nie sprawdził bezpieczeństwa dookoła pojazdu. Kandydaci nie uczą się jazdy po drogach szybkiego ruchu, nie mają sensownych szkoleń z bezpiecznej jazdy (np. kilka godzin na torze poślizgowym), nikt nie uczy jak bardzo alkohol wpływa na zdolności motoryczne, nie pokazuje się im jak wyglądają prawdziwe wypadki, czyli - często - konsekwencje złej jazdy.
A to dopiero początek, bo wymieniać mógłbym dalej. Zarówno w temacie tego czego się nie robi, a powinno, ale też tego, co jest wymagane a nie ma żadnego sensu - żeby choćby przywołać słynne wymiary tablicy rejestracyjnej (tego pytania, nawiasem mówiąc, w bazie już na szczęście nie ma - ale są inne, równie sensowne).
Dodatkowo system jako taki jest zorganizowany w sposób idiotyczny już u samych podstaw. Dlaczego jest tak - i nie sądzę, żebym uzyskał tu sensowną odpowiedź - że WORDy mają możliwość zarabiać na zdających? Dlaczego opłata za egzamin bezpośrednio przekłada się na ich budżet, tym samym dając egzaminatorom motywacje, by zdających - mówiąc brzydko - uwalać?
Nawiasem mówiąc to jest ten czynnik który sprawia, że tradycyjnie polski mechanizm omijania idiotycznych regulacji akurat tutaj nie działa. W normalnych okolicznościach wszyscy: od urzędników, przez funkcjonariuszy po obywateli - głupie przepisy, których jest masa, co do zasady ignorują, zakładając że nie ma po co komplikować życia, gdy jest to niepotrzebne. Takie małe, lokalne i oddolne desuetudo.
W tym przypadku WORD ma interes w tym, by czepiać się największych głupot - tak jak to jest w tym właśnie przypadku. Boleję, że sąd zdecydował się przyznać rację egzaminatorowi, tworząc tym samym własną normę prawną, która wcale z przepisów nie wynika. Ale jeszcze bardziej boleję, że sąd w ogóle miał ochotę bawić się w takie - przepraszam za brzydkie wyrażenie - rozbijanie gówna na atomy w kompletnie nieistotnej sprawie, gdzie jedyne rozsądne wyjście to było podtrzymać rozstrzygnięcie SKO.
Jaki to ma sens? Żaden. Komu to służy? Nikomu. Czy wpływa jakkolwiek na bezpieczeństwo? No nie. Więc… po co?